Wydatki rosną szybko
Nie ma dziś poważnej dyskusji o bezpieczeństwie bez pieniędzy. Skala, o której mówimy, przestaje być abstrakcją. Na 2025 r. Polska planuje przeznaczyć około 186,6 mld zł na obronność, licząc razem budżet i Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Według metodologii rządowej to około 4,7 proc. PKB. To poziom, który jeszcze kilka lat temu wydawał się politycznie i fiskalnie niewyobrażalny. I właśnie dlatego pojawia się presja, by znaleźć nowe źródła dochodów, najlepiej takie, które da się uzasadnić społecznie.
W tym kontekście pomysł tzw. opłaty obronnościowej brzmi atrakcyjnie. Duże firmy, globalne korporacje, wysokie obroty, więc intuicja podpowiada, że właśnie tam należy sięgnąć po dodatkowe środki. Konstrukcja jest prosta: firmy o globalnych obrotach powyżej 1 mld euro miałyby płacić około 4 proc. od obrotu osiąganego w Polsce. Eksport byłby wyłączony, a sama danina miałaby zastąpić CIT albo być od niego odliczana. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak korekta systemu, a nie jego zaostrzenie.
Pozorna prostota rozwiązania
W debacie publicznej propozycja funkcjonuje w kilku wariantach – jako podatek alternatywny wobec CIT lub jako dodatkowa danina z możliwością odliczenia – co utrudnia jej rzetelną ocenę.
Problem zaczyna się wtedy, gdy tę prostotę spróbujemy przełożyć na rzeczywistość gospodarczą. Podatek od obrotu ma jedną cechę, której nie da się obejść żadną narracją: nie interesuje go, czy firma zarabia dużo, czy ma tylko dużą skalę działalności. W handlu, dystrybucji czy części usług kilka procent marży netto to standard, a nie patologia. Jeżeli na taką strukturę nałożyć 4 proc. od przychodu, to bardzo szybko okazuje się, że państwo sięga nie po nadwyżkę, tylko po fundament działalności.
Największą wadą podatku od obrotu widać na prostych przykładach. Na przykład sieć handlowa (marża netto: 2%), dla której 4% podatku od obrotu oznacza 200% zysku, a więc firma staje się nierentowna. Z kolei u dystrybutora FMCG (marża: 1–3%), podatek „zjada” cały zysk i część kapitału. W najlepszej sytuacji byłaby firma z branży technologicznej (marża 15%), gdzie realne obciążenie wyniosłoby 25–30% zysku.
Jak widać, ten sam podatek niszczy jedne branże, a dla innych jest tylko dodatkowym kosztem.
Jak to jest z tym wyprowadzaniem pieniędzy?
W tym miejscu pojawia się często argument, że przecież duże korporacje i tak „wyprowadzają” z Polski ogromne pieniądze. Tyle że tu zaczyna się mieszanie pojęć.
Narodowy Bank Polski liczy dochody inwestorów bezpośrednich jako sumę trzech elementów: dywidend, reinwestowanych zysków oraz odsetek od instrumentów dłużnych. Według tej metodologii w 2024 roku było to 135,2 mld zł, z czego 63,6 mld zł stanowiły dywidendy, 56,4 mld zł reinwestowane zyski, a 15,2 mld zł odsetki. I teraz kluczowa rzecz: nie można uczciwie powiedzieć, że całe 135,2 mld zł zostało z Polski „wyciągnięte”, bo ponad 56 mld zł to środki, które formalnie zostały w spółkach i pracują dalej w gospodarce. Jednocześnie nie znika fakt, że te reinwestowane zyski zwiększają przyszły potencjał wypłat, więc problem nie znika, tylko się odsuwa w czasie.
W debacie mieszają się trzy zupełnie różne cele: szybkie zwiększenie dochodów budżetu (obronność), „ukaranie” dużych korporacji, ograniczenie optymalizacji podatkowej. Problem polega na tym, że podatek od obrotu nie jest dobrym narzędziem do żadnego z nich jednocześnie.
Twarda arytmetyka podatku
Kiedy ktoś mówi, że 4-procentowy podatek od obrotu mógłby przynieść budżetowi na przykład 60 mld zł rocznie, to nie jest już kwestia poglądów, tylko matematyki. Przy takiej stawce trzeba by opodatkować bazę rzędu 1,5 bln zł. Kluczowe pytanie brzmi: czy taka baza w ogóle istnieje wśród firm objętych potencjalnie tym podatkiem? Jeśli, cel rośnie do 70 mld zł, to mówimy o około 1,75 bln zł obrotu. To nie jest korekta systemu podatkowego, tylko jego gruntowna przebudowa dla ogromnego segmentu gospodarki. I to przebudowa, która działa w ciemno, bo nie odróżnia firmy realnie rentownej od tej, która funkcjonuje na niskiej marży.
Tu pojawia się napięcie, którego w debacie publicznej często się nie dopowiada. Z jednej strony rzeczywiście istnieje problem erozji podstawy opodatkowania. Międzynarodowe grupy kapitałowe potrafią wykazywać w Polsce niską rentowność, korzystając z cen transferowych, opłat licencyjnych czy finansowania wewnątrzgrupowego. Z drugiej strony podatek od obrotu nie rozwiązuje tego problemu w sposób precyzyjny, tylko omija go szerokim łukiem i uderza w cały model działalności, niezależnie od tego, czy ktoś optymalizuje, czy nie.
Globalne reguły gry
Dlatego międzynarodowa odpowiedź na ten problem wygląda inaczej niż proste hasło „4 proc. od największych”. OECD od lat opisuje mechanizmy przesuwania dochodów między jurysdykcjami i próbuje je ograniczyć. Najważniejszym narzędziem stał się tzw. Pillar Two, czyli system dopłaty podatku do minimalnej efektywnej stawki 15 proc. w każdej jurysdykcji, w której działa duża grupa kapitałowa. Logika jest odwrotna niż przy podatku przychodowym. Nie patrzy się na obrót, tylko na to, ile realnie opodatkowany jest zysk. Jeżeli efektywna stawka jest zbyt niska, uruchamia się mechanizm wyrównawczy.
To rozwiązanie nie jest idealne, działa wolno i zawiera kompromisy polityczne, ale ma jedną przewagę nad podatkiem obrotowym: próbuje trafić w miejsce, gdzie faktycznie powstaje luka podatkowa. Globalny minimalny CIT OECD (Pillar Two) jest bardziej precyzyjny, ale: działa w długim horyzoncie. Nie rozwiązuje bieżących potrzeb budżetowych, nie jest narzędziem zaprojektowanym pod konkretny kraj. To oznacza, że nie jest realną alternatywą dla szybkiego zwiększenia wydatków obronnych.
Podatek od przychodu jest prosty, ale jego prostota polega właśnie na tym, że nie widzi struktury zysku. W efekcie może bardziej uderzyć w tych, którzy działają transparentnie, niż w tych, którzy potrafią rozłożyć rentowność między krajami.
Dwie różne koncepcje
W tle tej dyskusji pojawia się jeszcze jeden wątek, który często jest mieszany z opłatą obronnościową, choć dotyczy czegoś zupełnie innego. Centrum im. Adama Smitha od lat proponuje likwidację CIT i zastąpienie go jednolitym podatkiem w wysokości 1,49 proc. od przychodu. Warto zauważyć, że systemowy podatek od przychodu (np. 1,49% zamiast CIT) ma tę samą fundamentalną wadę: również nie uwzględnia marży.
Różnica polega jedynie na skali i powszechności, nie na konstrukcji. To jest koncepcja systemowa, obejmująca całą gospodarkę, a nie selektywne obciążenie największych podmiotów. Jej logika polega na uproszczeniu systemu i ograniczeniu pola do optymalizacji.
Tymczasem opłata obronnościowa jest rozwiązaniem punktowym, skierowanym do firm o globalnych obrotach powyżej 1 mld euro i obejmującym obrót w Polsce z wyłączeniem eksportu. Ma funkcjonować zamiast CIT dla tej grupy albo być od niego odliczana. To dwa zupełnie różne podejścia, choć oba odwołują się do podatku od obrotu. W jednym przypadku chodzi o przebudowę systemu, w drugim o fiskalne narzędzie wobec wybranego segmentu rynku.
Podatek od obrotu wywołuje też efekty drugiej rundy: wzrost cen dla konsumentów, przerzucanie kosztów na dostawców, ograniczenie inwestycji, zmiany struktur sprzedaży (optymalizacja) i ryzyko sporów z prawem UE. Ostatecznie więc ciężar podatku rzadko pozostaje po stronie „dużych korporacji”.
I właśnie tu zaczyna się realny problem tej propozycji. Państwo ma pełne prawo szukać pieniędzy na armię, zwłaszcza przy wydatkach rzędu 186,6 mld zł rocznie. Jednak, jeśli robi to narzędziem, które z definicji nie odróżnia rzeczywistej siły ekonomicznej od samej skali sprzedaży, to ryzykuje, że zamiast uszczelnić system, zacznie karać strukturę gospodarki za to, że jest duża, a niekoniecznie za to, że unika opodatkowania.
Dr Janusz Grobicki – ekonomista, dziennikarz, redaktor naczelny portalu NowyŚwiat24.com.pl, b. redaktor naczelny miesięcznika „Bank”, specjalista w zakresie zarządzania oraz nowoczesnych technologii informatycznych i informacyjnych, autor i redaktor wielu publikacji na tematy gospodarcze, ekspert Centrum im. Adama Smitha.

